wtorek, 12 stycznia 2010

Ohayoo noworoczne

Miałam w planach napisanie czegoś w miarę sensownego, bo przecież nowy rok się zaczął i takie tam, ale niestety nie wiem czy mi się to uda. Dorwała mnie jakaś dziwna - w moim wypadku mocno spóźniona - zimowa chandra. Może to wina stycznia i perspektywy lutego, dwóch miesięcy, które nie za specjalnie lubię, bo kiedyś masa sprawdzianów, a od dwóch lat sesje - albo coś na wzór sesji. Co by nie było, tuż po nowym roku człowiek się budzi na nowo w ziemskiej rzeczywistości - bo nie to, że wcześniej od niej odpływałam, moje szkoły czy uczelnie zdecydowanie nie pozwalały mi się nudzić. Nudzić w tej innej, gorszej interpretacji.

Październik, a wraz z nim kolejne dwa miesiące stały się bezpowrotnie własnością przeszłości w tempie chyba najszybszym od - o zgrozo - prawie 21 lat mojego życia.
Streszczać ich za bardzo nie ma sensu - wystarczy przejrzeć tablicę żalów jaką stał się mój blip, a i ten blog również (chociaż nie brakuje tam też miłych i radosnych chwil).
Studia, ot co. Nie te wymarzone, ale przecież wiecznie lamentować nad tym nie można. Przynajmniej tak też myślałam, ale ja zdolna dziołcha wielu talentów (i antytalentów w szczególności) jestem i już po pierwszych kilkunastu dniach zaczęłam jęczeć, że już dłużej nie chcę.
Aczkolwiek powinnam czuć się z siebie dumna. Właściwie to wytrzymałam bez takiego prawdziwego i natarczywego lamentowania nad moim marnym losem wiecznej studentki, wiecznej maturzystki i spadochroniarza (full service, proszę ja was) o ileś tam tygodni dłużej niż to miało miejsce przed rokiem na biotechu. Ah, nawet oceny miałam/mam (jeszcze) dobre. Poprawkę póki co tylko jedną z zasranej pedagogiki. Ale że temat owego przedmiotu prowadzi do potoku wulgaryzmów wymieszanych z moją frustracją, zagłębiać się w nań nie będę.

Generalnie jakbym miała ocenić ostatni rok, wyjątkowo nie umiałabym postawić jednoznaczej oceny. Zaczął się ni to dobrze, ni to źle. Skończył podobnie. A po środku? Różnie, i to bardzo.
Czerwiec, lipiec i sierpień - z jednej strony wielkie rozczarowanie, z drugiej dla równowagi wielka radość. I tylko jedna, Panu dziękować, najważniejsza rzecz w życiu nie zawiodła w tym roku - ludzie. Ci bliscy, prawdziwi przyjaciele. Chociaż i tu będzie wyjątek. Pewien osobnik potwierdził regułę, wcześniej złamał mi serce - i żeby nie było żadnych niejasności, złamał tak jak przyjaciel tylko złamać może. Gdzieś tam zachowałam jeszcze malutką iskierkę nadziei (tłumaczącą moje krótkie zrywy aby jednak własnymi rękami przywrócić dawny porządek), ale doświadczenia życiowe nauczyły mnie kilku istotnych rzeczy o istotach co to zwą się Ziemianami, więc chroniąc siebie, pozwoliłam mu odejść. Dla siebie, nie Jemu konkretnie.

Święta miłe i ciepłe, chociaż w tym roku już dwóch osób brakuje przy stole wigilijnym. Oby tam gdzie przebywają, było im o wiele lepiej niż tutaj.
Sylwester również udany, spędzony na spokojnie i bardzo kameralnie z kochaną K.
Chociaż jestem przeciwniczką wszelkich postanowień noworocznych, yakusoku malutkie złożyłam. A nóż, nie zaszkodzi i w ten sposób szczęściu dopomóc :)

Ostatnio jednak coraz bardziej zdaję sobie sprawę, iż mimo wszystko z tym rokiem wiąże jeszcze większe oczekiwania niż z latami poprzednimi.
No ale, jedna rzecz już sie spełniła. Ah! Rzeczywiście! Jakby się tak zastanowić, rok temu mniej więcej o tej samej porze myślałam o dwóch pragnieniach. Jedno z nich się spełniło. Baa, spełniło oszczędzając mi przy tym większych przykrości, jakie byłam co prawda gotowa ponieść, a jednak - nie musiałam.

Wszystko w swoim czasie.

Rok Słońca ponoć mamy. Słońce dobre jest. Tak mówią przynajmniej.
Także przy dużej dawne szczęścia, entuzjazmu i pracy wszystko powinno pójść - tym razem - po mojej myśli.
Czego i wam również mocno, z całego serduszka życzę :)

P.S. Nie lubię stycznia, prawda... ale ma jeden plus - nowy sezon dramowy! A wraz z nim drugi sezon, tak wyczekiwanego Bloody Monday ^^
Będzie coś dla relaksu, bo jak tylko zaliczę I semestr (ojej, no chyba nawet mi się uda, przy tym moim lenistwie i ignorancji) to czas niemiłosiernie będzie gonić maturalnymi powtórkami.

wtorek, 17 listopada 2009

Nie szkoda Ci?

... dwóch lat?
... życia?
... nerwów?
... zdrowia?
... czasu wolnego?
... dwóch lat?

Odpowiedź brzmi: NIE.
I mam nadzieję udzielać owej odpowiedzi po raz ostatni.
Jest to jedyna prawdziwa i słuszna w moim mniemaniu i przypadku odpowiedź.

Nie szkoda mi, bo?
Bo człowiek powinien robić w życiu to na co ma ochotę. O ile sytuacja życiowa i na świecie mu na to pozwoli. O ile sam da radę. A już na pewno powinien walczyć o swoje marzenia. Spełniać je.
Bo danym życiem żyje się tylko raz. O raz za mało, aby porzucić wyznaczone sobie cele.
Nie szkoda mi, bo wolę żałować dwóch lat niż ich wielokrotności.

A najlepsze, że nie żałuję.
Seriously.
Fakt, że mi trochę szkoda, bom ja niecierpliwy człowiek w takich sprawach jest.
A że z życia taki mały figlarz bywa, trzeba pominąć lub też śmiechem podsumować i iść dalej.
Byle do przodu.
Co się odwlecze to nie uciecze :)
To co robię teraz, to mało. Za mało dla mnie. Czy tak trudno to pojąć?
Także...
Nie poddawać się!

... i tym będę się kierować.
Bo pewna swojego jestem. Pewna jak mało której rzeczy na tym świecie. I myślę, że to piękne.

Gome, że znowu. Znowu tłukę ten temat, ale za często ktoś zadaje mi to jakże bzdurne pytanie z tematu.
Wytrwałości! I będzie dobrze! :)

wtorek, 10 listopada 2009

(Nie)ludzka twarz

Miejsce - przejście podziemne w okolicach Rotundy.
Dwie dziewczyny, mniej więcej po 16/17 lat, śmieją się głośno z nieznanego mi powodu.
Po chwili jedna łapie drugą za rękę i z irytującym parsknięciem pociąga ją w tłum ludzi.
Gdy sama mijam owe okazy nastoletniej głupoty, te już skaczą - wydawać by się mogło w dzikiej euforii - po całej szerokości podziemnego korytarza. Palec jednej dziewczyny wskazuje równoległy korytarz. Kieruję wzrok w punkt w który wpatrzone są również pozostałe dwie pary oczu.
Równie młody chłopak spogląda na te dwie. Widzę w jego oczach bezsilność i smutek.
Nagle wszystko staje się jasne.
Nieregularne rysy, zachwiane proporcje twarzy.
Wada.
Wada, której nie da się nie zauważyć. Co nie oznacza, że nie da się jej zignorować.
Odwracam się i piorunuje nienormalne wzrokiem. Patrzą na mnie zaskoczone, jedna szepcze coś drugiej do ucha. Nie wiem co, tłum mnie porywa. Czuję jak w środku rozrywa mnie złość.
Na nie. I na samą siebie.

Mogłam coś powiedzieć. Powinnam! Cóż z tego, że taka myśl przyszła mi do głowy dopiero, gdy byłam już kilka metrów przed nimi. Trzeba się było zatrzymać i skomentować ich niski poziom intelektu.
Przecież tak dobrze wiem, jak to jest stać na miejscu tego chłopaka.
Tak dobrze rozumiem...

Przepraszam.
Wybacz mi, kimkolwiek jesteś. Następnym razem nie ograniczę się tylko do spojrzenia przesyconego pogardą i złością. Przykro mi tylko, że ten następny raz wcale nie zmieni tego co się dzisiaj wydarzyło. I chociaż kiedyś te dwa okazy o nieludzkiej twarzy odpowiedzą za swe czyny, my nie powinniśmy pozostawać bierni tu, na Ziemi, gdy staną na naszej drodze. Lub drodze innego człowieka.

Przepraszam, że byłam dzisiaj taka słaba.

środa, 21 października 2009

Pokora

Za oknem szaro, smutno, zimno i mokro.
I chociaż staram się chodzić po ulicy z uśmiechem na twarzy i iskierkami rozbawienia w oczach na widok tych wszystkich zabieganych istot, czasami coś puszcza i już nie umiem dłużej walczyć z pewnym żalem, złością i smutkiem. Im dłużej taki stan trwa, tym wpędzam się w coraz większe poczucie winy.

Nie jestem idealna. A na pewno jestem zarozumiała. Czasami.
Nie zawsze jestem miła. A czasami bywam nawet bardzo opryskliwa. I jak się tego pozbyć?
I nawet tutaj, narzekam i narzekam. Wywyższam się i osądzam. I tak smęcę farmazonami przeróżnymi. A miało być inaczej. I jest, ale jeszcze nie do końca.
Cóż z tego, że myśli są pogodniejsze, że wiary w człowieku więcej. I szczęścia z życia. I doceniania tych najbardziej niepozornych chwil. Cóż z tego, jeśli człowiek nie umie tego odzwierciedlić w świecie, w kontaktach z innymi. I w ten sposób poczucie winy rośnie z każdym wykrzyczanym na bliskich słowem.

Bo brakuje mi wciąż pokory. Wobec życia i świata. Wobec ludzi i zdarzeń. Wobec natury i siebie. Nawet siebie.

Nie napiszę, że postanawiam poprawę od teraz. Bo postanawiam, ale to nie jeden krok naprzód coś zmieni, a przejście (nie przebiegnięcie!) całej długiej i krętej drogi, z wieloma przystankami i ślepymi zaułkami. Gdyż liczy się wytrwałość. I pogoda ducha. I miłość bliźniego. I szacunek. I cierpliwość.

Napiszę za to przepraszam. Za co? Za to co mi ciąży na duszy. I będę się starać. Mocniej i wytrwalej.
I za to, że zaprzeczałam swoim słowom na temat pielęgniarstwa.
Piękny zawód. I niech tak pozostanie. Niezależnie od moich zamiarów i celów. Bo to nie jest ważne dla nikogo poza mną.

I najważniejsze.
Nie ważne czy ktoś zrozumiał moje słowa z przed kilku tygodni tak jak ja podczas ich pisania.
Nie ważne czy to wina mego mizernego pióra, czy też emocji jakie mogły wzbudzać.
Prawda jest taka, że potrzebuję bliskości. Bardzo jej potrzebuję. I zrozumienia też.
Nawet i zwłaszcza, z naciskiem na to drugie, poczucia więzi z osobą, z którą dzieli się życie. Na dobre i na złe. W której ma się przyjaciela, ale przede wszystkim odnajduje zagubiony fragment samego siebie. I dlatego właśnie czekam. Na odpowiedni czas, miejsce, a przede wszystkim istotę.

Bo kocham życie, a skoro kocham to nie będę go ranić swymi pomyłkami. Nie bezczelnie, bez namysłu i z ciągłym popełnianym pewnych błędów.
I nie chodzi o to by się zmieniać. Ani też o to by się akceptować.
To też.
Należy po prostu szlifować samego siebie. Tak, jak diament się szlifuje. A że nie najpiękniejsze porównanie mi wyszło składniowo, to nie ważne.
Musiałam :)

Dziękuję. Znowu :)

wtorek, 6 października 2009

Powołanie nie umie jednego...

... wyciągnąć mnie wcześnie rano z cieplutkiego łóżka, by w cholernej zimnicy odprawić poranne ablucje, zjeść w tempie ekspresowym po czym wyjść na jeszcze gorszą zimnicę i tłuc się napakowanym autobusem na uczelnie.
Właściwie to powinnam mówić w czasie przyszłym. Toż to mego powołania spełniać jeszcze nie mogę.
Ale mimo tego malutkiego szczególiku, jestem bardzo zadowolona.
Mój mózg chłonie wszystko. Jest jak gąbka (Bogu dzięki stokrotne, że już się o tych stworzeniach uczyć nie muszę... wystarczająco mi zoologie i inne pierdoły namieszały w głowie w ciągi kilku wcześniejszych miesięcy), albo nie wiem... jego pazerności na wiedzę żadne porównanie nie odda. W dodatku są to w końcu ciekawe rzeczy. Nauka o człowieku.

Byle odsunąć zazdrosne myśli o kolegów z kierunku lekarskiego, nie spać gdzie (schodki, kawiarnie etc.) i kiedy (rozrzut godzinowy jest duuuży) popadnie, a rok szybko minie i witamy moje masochistyczne love. A wtedy się dopiero zacznie sezon kawowy i nocne maratony... I co się głupia z rozmarzeniem uśmiecham sama do siebie na ową myśl?! O_o

Jak grupa i pierwsze wrażenia?
Ano, nie jest źle.
Ludzie sympatyczni, jakiś większych pomyleńców - może poza mną - nie ma, chociaż to może wyjdzie dopiero przy bliższym tj. integracyjnym spotkaniu :)
Jedna osoba również chce tylko przezimować, mam nawet 2 (słownie dwóch) rodzynków rodzaju męskiego, a Ci na pielęgniarstwie zaliczają się do okazów rzadkich, w tym jeden, jak sam co chwilę lubi nam przypominać, jest na tym kierunku z powołania. Stąd nawet zaczęłam od owego słowa.
Bo ja rozumiem jego pasje i teoretyczną miłość do danego zawodu. Baa, rozumiem jak mało kto, ale... agresywne przypominanie o tym fakcie co 5 minut rozmówcy w sposób wyrażający pogardę dla ludzi, którzy mogliby chcieć robić coś innego to już inna bajka.
Ale może trza się cieszyć, że w przyszłości lekarze czy pielęgniarze będą nas leczyć tylko za owe powołanie. Nasze portfele z pewnością się ucieszą.
Oj, no ale gdzie ja tu o pieniądzach będę!

Jak każdy student WUMu wie, a ja mam szaloną przyjemność się dowiedzieć, wszelkie sprawy na tej uczelni lepiej załatwiać zażywając na godzinę przed wejściem do pokoju docelowego np. dziekanatu - relanium. Cóż za dziwactwo, że na uczelni medycznej tak bardzo nie szanuje się własnego i studentów zdrowia. Człowiek szczęśliwy, spokojny, uśmiechnięty etc. żyje dłużej! Ja za wrzody żołądka ślicznie dziękuję.
W tym miejscu warto odnotować tę jedną jedyną rzecz za jaką tęsknię na swej ex-uczelni.
Dziekanat.
Student=człowiek.
I nikt nie trzaska Ci drzwiami przed nosem, bo kończy pracę o 14, a Twoje 2,5 godzinne stanie pod owymi drzwiami nie ma żadnego znaczenia.
I jeszcze ja miałabym być starostą grupy? Ojj, nie, nie, nie... Naprawdę lubię swoje nerwy :)

Coś jeszcze?
Ah, tak. Ciężko przyznać, ale mnie chyba coś wewnętrznie skręci jak przyjdzie mi się uczyć o myciu pacjenta i ścieleniu łóżka _-_'
Ale to chyba taka szkoła życia dla mnie, bo chociaż ja ani nie pasuję do zawodu pielęgniarki, ani nie chciałabym go wykonywać, mimo wszystko myślę, że można go postawić na równi z zawodem lekarza. W mojej hierarchii jest nawet nad tym ostatnim, z prostego względu. Dla mnie wydaje się trudniejszy, bo więcej pewnych barier wymagałby ode mnie do przełamania. Ale nie będę tego tutaj rozwijać, bo wyjdzie, że jakaś zarozumiała jestem czy coś, a ja naprawdę staram się być miła, a moje słowa to tylko takie małe herezyjki :)
I żeby nie było, że kłamię. Wiele zawdzięczam pielęgniarkom, swojego czasu bardzo mi pomagały. Super kobiety ^^
W każdym razie jedni spełniają się w tym, drudzy w tamtym. Jak ktoś ma owe powołanie, to bardzo piękne. Tak nawet powinno być. Niech jednak szanuje przy tym innych ludzi.

A ja lecę do fizyki. Tak, tej maturalnej.
Przysnęło mi się. Znowu.
Notka miała rozbudzić troszku moje szare komórki. Po treści widzę, że chyba nie wyszło, ale ćsii.

Powodzenia! Nie dajcie się wszelkim asystentom, profesorom etc.!

P.S. Zaginajcie ostatnie strony w indeksach! Ja na biotechu nie zagięłam, i co?, nie dotrwałam do końca I roku (chociaż miałam taki zamiar). Przejrzałam też indeksy brata (taa, z nas rodzina wiecznych studentów xD) i ten z pierwszej uczelni też nie miał zagiętej strony! I nie ukończył I roku! Coś w tym jest! So, zaginać, zaginać!