poniedziałek, 8 marca 2010

Bo ta lekcja nigdy się nie kończy

Jakże często zaszywam się w kącie własnego umysłu i ubolewam nad tym, że w szkole życia nie ma dzwonków.

Lekcja cierpienia i bólu *dzyń* ... wyjście na słoneczną łąkę.
Lekcja miłości *dzyń* ... promocja do następnej klasy.
Lekcja przyjaźni *dzyń* ... nie kończy się wraz z opuszczeniem sali.

Byłoby o tyle prościej po ściśle określonym czasie usłyszeć dzwonek i przestać przejmować się ostatnimi godzinami, jak trudne by one nie były. Zapomnieć, wrócić do domu i chociaż przez pewien czas nie czuć presji jaką dana lekcja na nas wywołuje.

Ile bym dała za to aby uspokoić organizm, aby naprawić to czego się nie da naprawić.
Nie czuć bólu i strachu przed nim. W tym wypadku fizycznego bólu.
Widać nie jest mi dane o tym zapomnieć.
Nie chcę się już uczyć o tym paraliżującym strachu. Uczyć tej chorej pokory wobec mego losu.
Nie chcę, nie chcę, nie chcę!
Chcę być normalna! Nie martwić się o każdy mroźniejszy powiew wiatru na policzku, o zgubioną czapkę, o wyjazd na dłuższy okres czasu, o brak ziół, leków, dostęp do lekarza. Nie chcę!

I znowu odebrało mi to chęć do czegokolwiek. Do nauki, do wstawania rannego, do marzeń...
To najgorszy czas. Teraz nie jestem silna. Zdecydowanie nie jestem na tyle silna by się z tym zmierzyć. Za dużo. Poproszę pół kilo czystego szczęścia i 500 g spokoju. To tak dużo dla równowagi ostatnich kilkunastu miesięcy? Widać tak.
Jednak w ludzkiej desperacji wciąż na nowo będę prosić...

1 komentarz:

  1. ktoś mi kiedyś powiedział, że można albo z tym walczyć [mimo wszystko wyjeżdżać, starając się mieć jak najwięcej środków zapobiegawczych przy sobie], albo pogodzić się [bywać tylko tam, gdzie czujesz się bezpiecznie i masz opiekę].

    ...ja jeszcze nie wybrałam. walka jest za ciężka, gdy pochłania człowieka strach, a nikt nie lubi się poddawać przecież...

    OdpowiedzUsuń