wtorek, 13 września 2011

Dzień drugo-trzeci.

Okay, trochę przesadzam z tym tytułem, bo spałam w sumie ok. 5 godzin, co po poprzedniej nocy z przerwą na dwu godzinny sen, jest już osiągnięciem. Ale warto było.
Histologia zaliczona, choć z perypetiami - nie ma to jak fotelik u profesora w pokoju i dopytka. Uczucie nieziemsko stresujące, za to późniejsza satysfakcja wynagradza wszystko.

Chodzę na rzęsach, sypię liśćmi yerby dookoła i marudzę, marudzę, marudzę... ale póki co jestem na dobrej drodze. Jak to ma rodzicielka dzisiaj powiedziała: widać światełko w tunelu.
Ostatecznie przygody wyjściówkowe zakończone, teraz już tylko się egzaminujemy.

Tum, tum, tum. I taka piękna pogoda dzisiaj. Nic tylko z uśmiechem siadać... do książek.

piątek, 9 września 2011

Dzień pierwszy.

Nie wiem po co to piszę i dla kogo. To chyba kwestia potrzeby uzewnętrznienia się, a zarazem pozostania anonimową. Anonimowość to zresztą złe słowo. Chcę sobie zwyczajnie ponarzekać, nie obciążając przy tym tych Bliskich.
Nie mogę też zapomnieć o tym stworze co to mi się kiedyś pod czaszką zagnieździł i o tamtego czasu z dziką radością na mnie pasożytuje, po nocach szturchając mój biedny mózg rozmyślaniami o życiu i jego objawach.
Jedyny zaszyfrowany plik w mym komputerze widocznie nie jest wstanie podołać obciążeniu mych lamento-entuzjazmów, więc... jestem.
Ah, no i po prostu lubię pisać. Zawsze lubiłam, chociaż nieudolnie mi to wychodziło.

Także piszę i może nawet będę to robić częściej. Jak za dawnych lat.

Wspominałam, że robię to aby nie absorbować innych ludzi moimi humorami. A dzisiaj mam ku temu świetny powód.
Zaczęły mi się poprawki - chociaż nie wiem czy w moim przypadku jest to odpowiednie słowo. Egzaminów to ja jeszcze nie pisałam, bo najpierw muszę zaliczyć ćwiczenia.
Głupia ja.
Tyle że po części to nie moja wina tylko szczęścia (tudzież nieszczęścia) do ludzi. I do brakujących połówek punktowych do zaliczenia. Ale co z tego jaka przyczyna, kiedy to mnie się obrywa, a nie zawsze umiem się zastosować do niedawno poznanej metody antystresowej - mieć wyjebane.

Anatomia i histologia. Wyjściówki i egzaminy razy dwa, bo przecież przyszły lekarz weterynarii musi wiedzieć co to za szmatki zwisają w pseudokomorze prawej wyrobu sercopodobnego konia/krowy/psa/świni/barana (do wyboru, do koloru), czy znaleźć tę jedną jedyną komórkę X wśród komórek Y, które jak na złość nie chcą się jakoś charakterystycznie ubarwić i wyróżnić.
Wiwat praktyczne!

Dzisiaj dzień pierwszy mego łańcuszka zaliczeń. Wyniki w poniedziałek. Będzie radość 5 minutowa, po czym pognam na egzamin z tego samego przedmiotu. A po egzaminie? Do domku, herbatka i... do książek, bo następnego dnia wyjścióweczka z anatomii. Wcześniej jeszcze udać się po wpis z histo. Ale co tam się będę przejmować! Odpocznę. W czwartek po południu, bo w środę trzeba będzie upychać łapki w coś co kiedyś było żywe, ale dzisiaj wygląda jak rozjechane mięso. Czwartek rano to teoretyczna wiedza i pytania o rodzaje piór czy sposób ułożenia włosów na koźle.
To optymistyczny scenariusz i jedyny słuszny. Wszystkie inne kończą się na każdym dniu tej 5 dniowej edukacyjnej uczty przywaleniem głową w ścianę. Ewentualnie rozważę trunki w ilościach dużych i umoszczę sobie gniazdko pod mostem. Tyle ich przecież w naszym pięknym mieście.

I tyle. Ahoj! Idę tonąć w świecie kosteczek.

* Ok, przyznaję się. Nikt mnie przytulić nie chciał. Roztrwonienie cennego czasu na pisanie bzdur pomaga w mobilizacji. A tak na serio, uspokaja i każe iść dalej. Byle do przodu. Na przytulenie też trzeba sobie zasłużyć.

* * *

Nie ma nic gorszego niż bunt własnego mózgu. Uczysz się czegoś długo, wiele razy powtarzasz, myślisz, że umiesz wszystko i nawet sam mózg zdaje ci się przytakiwać robiąc w snach przegląd twej wiedzy. Zadowolony, pełen dobrych myśli i wiedzy siadasz do egzaminu. Czytasz zadanie nr 1, 2, 3... skrupulatnie spisujesz na kartkę wszystko co wiesz. Ba! Jesteś pewny tego co piszesz, chociaż pytania do łatwych nie należą i wolałbyś inne.
I nagle zauważasz pytanie dające w prosty sposób punkty. Ha! Jakie proste! Mega! Znam odpowiedź... o fak. Mózgu! Nie rób tego!
A on ci się tylko śmieje w twarz (potylicę? uszy? podstawę czaszki?!): haha, nie podam ci tej nazwy, haha, próbuj zgadywać, szukaj, i tak nic z tego!:P

No. Taki mam bezczelny, fikuśny mózg. W tym roku to już drugi raz. Była anatomia, przyszedł czas i na histologię. Szlag!

czwartek, 11 sierpnia 2011

Dorosłość jest do dupy.
Przereklamowana.
Męcząca.
Głupia.

W zasadzie to kto z nas chciał być dorosły? Ja chciałam być tylko pełnoletnia, tj. mieć te wszystkie prawa dorosłych, wolną wolę etc. A pozostawić mentalność dziecka. Niewinność i radość z każdego powiewu życia.

niedziela, 29 sierpnia 2010

Tak sobie myślę, że czego bym nie wybrała/na co bym nie poszła (to się jeszcze rozstrzygnie, acz wolałabym nie decydować bezpośrednio) to i tak będę mieć w rękach życie. Będę z nim obcować we wszystkich możliwych sytuacjach. I to mnie strasznie zachwyca. Trochę przeraża, ale jednak bardziej fascynuje. Cieszę się. Wybór przed jakim prawdopodobnie zostanę postawiona powinien mieć miejsce jakieś 2 lata temu. Lepiej jednak później niż wcale, bo gdyby nie te 2 lata, żadnego wyboru by nie było.

sobota, 10 lipca 2010

Życie, ach, życie

Wiem, długo mnie tu nie było i raczej długo znowu nie będzie.
Dużo się działo. Dużo się pozmieniało.
Przeżyłam, a w zasadzie po trochu wciąż jeszcze przeżywam jedną, dużą porażkę. Na szczęście dla równowagi dostałam duży prezent od losu, pełen pozytywnych emocji, radości i nieznikającego uśmiechu z twarzy.
Człowiek co pewien czas bywa poddawany próbie, której efekty tak naprawdę oceniamy sami, bo sami też swym zachowaniem i decyzjami kreujemy ową próbę. I... się zacięłam.

Okay, powiem krótko.
Matura podejście trzecie: miałam dokładnie takie same wyniki jak rok temu... także aneksu nr 2 brak. Taa.
Co za tym idzie, lekarski: progi spadły, ale nie tam gdzie trzeba i nie tak jak mnie potrzeba.
Pozytywy: Dostałam się na weterynarię. A! I Ktoś mi w głowie namieszał. Co ważniejsze, a na pewno przyjemniejsze :)

Życie jest nieprzewidywalne, mimo że czasami boli. Ale za to je kocham.
Za brak monotonni. Za tę spontaniczność. Za dużo mądrych lekcji.
Lubię swoje życie. Mimo wszystko, a może właśnie przez to wszystko.

* Jeśli nie dostanę się na lekarski w tym roku - gdziekolwiek - to koniec. Zrywam z maturą na dobre. Do trzech razy sztuka. Z rekrutacjami też zrywam. Od października tego roku zamierzam zacząć swoje trzecie studia, które może nie będą ostatnimi w mym życiu, ale na pewno będą studiami ukończonymi.

Także... losie, od Ciebie wszystko zależy. Ja poczekam. Nigdzie się nie wybieram. Póki co.