Wracam powoli do życia. Mojego życia, nie marnej egzystencji.
Jednak naprawdę nie jest tak jak było, co mnie przeogromnie cieszy, bo ostatecznie oznacza, że w pewnej kwestii mi się udało, a ciężka praca nad sobą przyniosła pozytywne rezultaty.
I chociaż wiele wciąż boli i sieje zwątpienie w umyśle są na tym świecie wartości, a co ważniejsze ludzie dla których warto się starać.
Bo pewne więzy są ponadczasowe, nie ulegają zgubnemu wpływowi mijających dni.
Odkrywasz je za każdym razem na nowo.
Zaskakują, zadziwiają, przynoszą ulgę i radość. Szczęście.
Przyjaźń, tajemnicza moc, która obok miłości jest najpiękniejszym cudem podarowanym w udziale człowiekowi. Najpotężniejszą bronią dobra.
Chociaż właściwie przyjaźń to forma miłości...
Lubię myśleć, że każdego z nas, poza cieniutką szkarłatną nicią, łączą z pewnymi ludźmi również inne, równie mistyczne nici.
Lubię myśleć o przyjaźni jako osobliwej formie Akai Ito.
Dziękuję Tej z którą spędziłam ostatnio dwa miłe dni, które stały się inspiracją do napisania tych kilku słów.
Dziękuję Wam za to, że jesteście. Zawsze. [w tym miejscu uśmiecham się najpiękniej jak umiem, ale że nie wymyślono niczego co by ten uśmiech oddało jak należy, tak więc po prostu musicie sobie mnie wyobrazić, co nie wątpię, uda wam się doskonale]
czwartek, 4 lutego 2010
wtorek, 19 stycznia 2010
Letargu oby koniec
Ze zmęczenia zasypiam za dnia.
W nocy wypatruję w ciemności jakiś znaków końca lub też początku, i tak aż do świtu.
Bo nie wiem już czy moje życie znów w mych oczach się kończy czy może dopiero zaczyna.
I tak niespokojnie upływają mi godziny, dni i tygodnie ostatnie.
Jest tak bardzo podobnie jak kiedyś, a jednak trochę inaczej.
Ciało czasami się poddaje uciekając w pozbawiony snów letarg, umysł odpływa w nierealny świat, chociaż... nie chce się poddać. Nie chce zapomnieć pewnych zmian. Dobrych zmian.
I one jeszcze trzymają całą tę rozkołysaną życiem konstrukcję w całości.
Trzeba się ogarnąć. Muszę się ogarnąć.
Tylko ile ja już to razy sobie mówiłam...
W nocy wypatruję w ciemności jakiś znaków końca lub też początku, i tak aż do świtu.
Bo nie wiem już czy moje życie znów w mych oczach się kończy czy może dopiero zaczyna.
I tak niespokojnie upływają mi godziny, dni i tygodnie ostatnie.
Jest tak bardzo podobnie jak kiedyś, a jednak trochę inaczej.
Ciało czasami się poddaje uciekając w pozbawiony snów letarg, umysł odpływa w nierealny świat, chociaż... nie chce się poddać. Nie chce zapomnieć pewnych zmian. Dobrych zmian.
I one jeszcze trzymają całą tę rozkołysaną życiem konstrukcję w całości.
Trzeba się ogarnąć. Muszę się ogarnąć.
Tylko ile ja już to razy sobie mówiłam...
wtorek, 12 stycznia 2010
Ohayoo noworoczne
Miałam w planach napisanie czegoś w miarę sensownego, bo przecież nowy rok się zaczął i takie tam, ale niestety nie wiem czy mi się to uda. Dorwała mnie jakaś dziwna - w moim wypadku mocno spóźniona - zimowa chandra. Może to wina stycznia i perspektywy lutego, dwóch miesięcy, które nie za specjalnie lubię, bo kiedyś masa sprawdzianów, a od dwóch lat sesje - albo coś na wzór sesji. Co by nie było, tuż po nowym roku człowiek się budzi na nowo w ziemskiej rzeczywistości - bo nie to, że wcześniej od niej odpływałam, moje szkoły czy uczelnie zdecydowanie nie pozwalały mi się nudzić. Nudzić w tej innej, gorszej interpretacji.
Październik, a wraz z nim kolejne dwa miesiące stały się bezpowrotnie własnością przeszłości w tempie chyba najszybszym od - o zgrozo - prawie 21 lat mojego życia.
Streszczać ich za bardzo nie ma sensu - wystarczy przejrzeć tablicę żalów jaką stał się mój blip, a i ten blog również (chociaż nie brakuje tam też miłych i radosnych chwil).
Studia, ot co. Nie te wymarzone, ale przecież wiecznie lamentować nad tym nie można. Przynajmniej tak też myślałam, ale ja zdolna dziołcha wielu talentów (i antytalentów w szczególności) jestem i już po pierwszych kilkunastu dniach zaczęłam jęczeć, że już dłużej nie chcę.
Aczkolwiek powinnam czuć się z siebie dumna. Właściwie to wytrzymałam bez takiego prawdziwego i natarczywego lamentowania nad moim marnym losem wiecznej studentki, wiecznej maturzystki i spadochroniarza (full service, proszę ja was) o ileś tam tygodni dłużej niż to miało miejsce przed rokiem na biotechu. Ah, nawet oceny miałam/mam (jeszcze) dobre. Poprawkę póki co tylko jedną z zasranej pedagogiki. Ale że temat owego przedmiotu prowadzi do potoku wulgaryzmów wymieszanych z moją frustracją, zagłębiać się w nań nie będę.
Generalnie jakbym miała ocenić ostatni rok, wyjątkowo nie umiałabym postawić jednoznaczej oceny. Zaczął się ni to dobrze, ni to źle. Skończył podobnie. A po środku? Różnie, i to bardzo.
Czerwiec, lipiec i sierpień - z jednej strony wielkie rozczarowanie, z drugiej dla równowagi wielka radość. I tylko jedna, Panu dziękować, najważniejsza rzecz w życiu nie zawiodła w tym roku - ludzie. Ci bliscy, prawdziwi przyjaciele. Chociaż i tu będzie wyjątek. Pewien osobnik potwierdził regułę, wcześniej złamał mi serce - i żeby nie było żadnych niejasności, złamał tak jak przyjaciel tylko złamać może. Gdzieś tam zachowałam jeszcze malutką iskierkę nadziei (tłumaczącą moje krótkie zrywy aby jednak własnymi rękami przywrócić dawny porządek), ale doświadczenia życiowe nauczyły mnie kilku istotnych rzeczy o istotach co to zwą się Ziemianami, więc chroniąc siebie, pozwoliłam mu odejść. Dla siebie, nie Jemu konkretnie.
Święta miłe i ciepłe, chociaż w tym roku już dwóch osób brakuje przy stole wigilijnym. Oby tam gdzie przebywają, było im o wiele lepiej niż tutaj.
Sylwester również udany, spędzony na spokojnie i bardzo kameralnie z kochaną K.
Chociaż jestem przeciwniczką wszelkich postanowień noworocznych, yakusoku malutkie złożyłam. A nóż, nie zaszkodzi i w ten sposób szczęściu dopomóc :)
Ostatnio jednak coraz bardziej zdaję sobie sprawę, iż mimo wszystko z tym rokiem wiąże jeszcze większe oczekiwania niż z latami poprzednimi.
No ale, jedna rzecz już sie spełniła. Ah! Rzeczywiście! Jakby się tak zastanowić, rok temu mniej więcej o tej samej porze myślałam o dwóch pragnieniach. Jedno z nich się spełniło. Baa, spełniło oszczędzając mi przy tym większych przykrości, jakie byłam co prawda gotowa ponieść, a jednak - nie musiałam.
Wszystko w swoim czasie.
Rok Słońca ponoć mamy. Słońce dobre jest. Tak mówią przynajmniej.
Także przy dużej dawne szczęścia, entuzjazmu i pracy wszystko powinno pójść - tym razem - po mojej myśli.
Czego i wam również mocno, z całego serduszka życzę :)
P.S. Nie lubię stycznia, prawda... ale ma jeden plus - nowy sezon dramowy! A wraz z nim drugi sezon, tak wyczekiwanego Bloody Monday ^^
Będzie coś dla relaksu, bo jak tylko zaliczę I semestr (ojej, no chyba nawet mi się uda, przy tym moim lenistwie i ignorancji) to czas niemiłosiernie będzie gonić maturalnymi powtórkami.
Październik, a wraz z nim kolejne dwa miesiące stały się bezpowrotnie własnością przeszłości w tempie chyba najszybszym od - o zgrozo - prawie 21 lat mojego życia.
Streszczać ich za bardzo nie ma sensu - wystarczy przejrzeć tablicę żalów jaką stał się mój blip, a i ten blog również (chociaż nie brakuje tam też miłych i radosnych chwil).
Studia, ot co. Nie te wymarzone, ale przecież wiecznie lamentować nad tym nie można. Przynajmniej tak też myślałam, ale ja zdolna dziołcha wielu talentów (i antytalentów w szczególności) jestem i już po pierwszych kilkunastu dniach zaczęłam jęczeć, że już dłużej nie chcę.
Aczkolwiek powinnam czuć się z siebie dumna. Właściwie to wytrzymałam bez takiego prawdziwego i natarczywego lamentowania nad moim marnym losem wiecznej studentki, wiecznej maturzystki i spadochroniarza (full service, proszę ja was) o ileś tam tygodni dłużej niż to miało miejsce przed rokiem na biotechu. Ah, nawet oceny miałam/mam (jeszcze) dobre. Poprawkę póki co tylko jedną z zasranej pedagogiki. Ale że temat owego przedmiotu prowadzi do potoku wulgaryzmów wymieszanych z moją frustracją, zagłębiać się w nań nie będę.
Generalnie jakbym miała ocenić ostatni rok, wyjątkowo nie umiałabym postawić jednoznaczej oceny. Zaczął się ni to dobrze, ni to źle. Skończył podobnie. A po środku? Różnie, i to bardzo.
Czerwiec, lipiec i sierpień - z jednej strony wielkie rozczarowanie, z drugiej dla równowagi wielka radość. I tylko jedna, Panu dziękować, najważniejsza rzecz w życiu nie zawiodła w tym roku - ludzie. Ci bliscy, prawdziwi przyjaciele. Chociaż i tu będzie wyjątek. Pewien osobnik potwierdził regułę, wcześniej złamał mi serce - i żeby nie było żadnych niejasności, złamał tak jak przyjaciel tylko złamać może. Gdzieś tam zachowałam jeszcze malutką iskierkę nadziei (tłumaczącą moje krótkie zrywy aby jednak własnymi rękami przywrócić dawny porządek), ale doświadczenia życiowe nauczyły mnie kilku istotnych rzeczy o istotach co to zwą się Ziemianami, więc chroniąc siebie, pozwoliłam mu odejść. Dla siebie, nie Jemu konkretnie.
Święta miłe i ciepłe, chociaż w tym roku już dwóch osób brakuje przy stole wigilijnym. Oby tam gdzie przebywają, było im o wiele lepiej niż tutaj.
Sylwester również udany, spędzony na spokojnie i bardzo kameralnie z kochaną K.
Chociaż jestem przeciwniczką wszelkich postanowień noworocznych, yakusoku malutkie złożyłam. A nóż, nie zaszkodzi i w ten sposób szczęściu dopomóc :)
Ostatnio jednak coraz bardziej zdaję sobie sprawę, iż mimo wszystko z tym rokiem wiąże jeszcze większe oczekiwania niż z latami poprzednimi.
No ale, jedna rzecz już sie spełniła. Ah! Rzeczywiście! Jakby się tak zastanowić, rok temu mniej więcej o tej samej porze myślałam o dwóch pragnieniach. Jedno z nich się spełniło. Baa, spełniło oszczędzając mi przy tym większych przykrości, jakie byłam co prawda gotowa ponieść, a jednak - nie musiałam.
Wszystko w swoim czasie.
Rok Słońca ponoć mamy. Słońce dobre jest. Tak mówią przynajmniej.
Także przy dużej dawne szczęścia, entuzjazmu i pracy wszystko powinno pójść - tym razem - po mojej myśli.
Czego i wam również mocno, z całego serduszka życzę :)
P.S. Nie lubię stycznia, prawda... ale ma jeden plus - nowy sezon dramowy! A wraz z nim drugi sezon, tak wyczekiwanego Bloody Monday ^^
Będzie coś dla relaksu, bo jak tylko zaliczę I semestr (ojej, no chyba nawet mi się uda, przy tym moim lenistwie i ignorancji) to czas niemiłosiernie będzie gonić maturalnymi powtórkami.
wtorek, 17 listopada 2009
Nie szkoda Ci?
... dwóch lat?
... życia?
... nerwów?
... zdrowia?
... czasu wolnego?
... dwóch lat?
Odpowiedź brzmi: NIE.
I mam nadzieję udzielać owej odpowiedzi po raz ostatni.
Jest to jedyna prawdziwa i słuszna w moim mniemaniu i przypadku odpowiedź.
Nie szkoda mi, bo?
Bo człowiek powinien robić w życiu to na co ma ochotę. O ile sytuacja życiowa i na świecie mu na to pozwoli. O ile sam da radę. A już na pewno powinien walczyć o swoje marzenia. Spełniać je.
Bo danym życiem żyje się tylko raz. O raz za mało, aby porzucić wyznaczone sobie cele.
Nie szkoda mi, bo wolę żałować dwóch lat niż ich wielokrotności.
A najlepsze, że nie żałuję.
Seriously.
Fakt, że mi trochę szkoda, bom ja niecierpliwy człowiek w takich sprawach jest.
A że z życia taki mały figlarz bywa, trzeba pominąć lub też śmiechem podsumować i iść dalej.
Byle do przodu.
Co się odwlecze to nie uciecze :)
To co robię teraz, to mało. Za mało dla mnie. Czy tak trudno to pojąć?
Także...
... życia?
... nerwów?
... zdrowia?
... czasu wolnego?
... dwóch lat?
Odpowiedź brzmi: NIE.
I mam nadzieję udzielać owej odpowiedzi po raz ostatni.
Jest to jedyna prawdziwa i słuszna w moim mniemaniu i przypadku odpowiedź.
Nie szkoda mi, bo?
Bo człowiek powinien robić w życiu to na co ma ochotę. O ile sytuacja życiowa i na świecie mu na to pozwoli. O ile sam da radę. A już na pewno powinien walczyć o swoje marzenia. Spełniać je.
Bo danym życiem żyje się tylko raz. O raz za mało, aby porzucić wyznaczone sobie cele.
Nie szkoda mi, bo wolę żałować dwóch lat niż ich wielokrotności.
A najlepsze, że nie żałuję.
Seriously.
Fakt, że mi trochę szkoda, bom ja niecierpliwy człowiek w takich sprawach jest.
A że z życia taki mały figlarz bywa, trzeba pominąć lub też śmiechem podsumować i iść dalej.
Byle do przodu.
Co się odwlecze to nie uciecze :)
To co robię teraz, to mało. Za mało dla mnie. Czy tak trudno to pojąć?
Także...
Nie poddawać się!
... i tym będę się kierować.
Bo pewna swojego jestem. Pewna jak mało której rzeczy na tym świecie. I myślę, że to piękne.
Gome, że znowu. Znowu tłukę ten temat, ale za często ktoś zadaje mi to jakże bzdurne pytanie z tematu.
Wytrwałości! I będzie dobrze! :)
... i tym będę się kierować.
Bo pewna swojego jestem. Pewna jak mało której rzeczy na tym świecie. I myślę, że to piękne.
Gome, że znowu. Znowu tłukę ten temat, ale za często ktoś zadaje mi to jakże bzdurne pytanie z tematu.
Wytrwałości! I będzie dobrze! :)
wtorek, 10 listopada 2009
(Nie)ludzka twarz
Miejsce - przejście podziemne w okolicach Rotundy.
Dwie dziewczyny, mniej więcej po 16/17 lat, śmieją się głośno z nieznanego mi powodu.
Po chwili jedna łapie drugą za rękę i z irytującym parsknięciem pociąga ją w tłum ludzi.
Gdy sama mijam owe okazy nastoletniej głupoty, te już skaczą - wydawać by się mogło w dzikiej euforii - po całej szerokości podziemnego korytarza. Palec jednej dziewczyny wskazuje równoległy korytarz. Kieruję wzrok w punkt w który wpatrzone są również pozostałe dwie pary oczu.
Równie młody chłopak spogląda na te dwie. Widzę w jego oczach bezsilność i smutek.
Nagle wszystko staje się jasne.
Nieregularne rysy, zachwiane proporcje twarzy.
Wada.
Wada, której nie da się nie zauważyć. Co nie oznacza, że nie da się jej zignorować.
Odwracam się i piorunuje nienormalne wzrokiem. Patrzą na mnie zaskoczone, jedna szepcze coś drugiej do ucha. Nie wiem co, tłum mnie porywa. Czuję jak w środku rozrywa mnie złość.
Na nie. I na samą siebie.
Mogłam coś powiedzieć. Powinnam! Cóż z tego, że taka myśl przyszła mi do głowy dopiero, gdy byłam już kilka metrów przed nimi. Trzeba się było zatrzymać i skomentować ich niski poziom intelektu.
Przecież tak dobrze wiem, jak to jest stać na miejscu tego chłopaka.
Tak dobrze rozumiem...
Przepraszam.
Wybacz mi, kimkolwiek jesteś. Następnym razem nie ograniczę się tylko do spojrzenia przesyconego pogardą i złością. Przykro mi tylko, że ten następny raz wcale nie zmieni tego co się dzisiaj wydarzyło. I chociaż kiedyś te dwa okazy o nieludzkiej twarzy odpowiedzą za swe czyny, my nie powinniśmy pozostawać bierni tu, na Ziemi, gdy staną na naszej drodze. Lub drodze innego człowieka.
Przepraszam, że byłam dzisiaj taka słaba.
Dwie dziewczyny, mniej więcej po 16/17 lat, śmieją się głośno z nieznanego mi powodu.
Po chwili jedna łapie drugą za rękę i z irytującym parsknięciem pociąga ją w tłum ludzi.
Gdy sama mijam owe okazy nastoletniej głupoty, te już skaczą - wydawać by się mogło w dzikiej euforii - po całej szerokości podziemnego korytarza. Palec jednej dziewczyny wskazuje równoległy korytarz. Kieruję wzrok w punkt w który wpatrzone są również pozostałe dwie pary oczu.
Równie młody chłopak spogląda na te dwie. Widzę w jego oczach bezsilność i smutek.
Nagle wszystko staje się jasne.
Nieregularne rysy, zachwiane proporcje twarzy.
Wada.
Wada, której nie da się nie zauważyć. Co nie oznacza, że nie da się jej zignorować.
Odwracam się i piorunuje nienormalne wzrokiem. Patrzą na mnie zaskoczone, jedna szepcze coś drugiej do ucha. Nie wiem co, tłum mnie porywa. Czuję jak w środku rozrywa mnie złość.
Na nie. I na samą siebie.
Mogłam coś powiedzieć. Powinnam! Cóż z tego, że taka myśl przyszła mi do głowy dopiero, gdy byłam już kilka metrów przed nimi. Trzeba się było zatrzymać i skomentować ich niski poziom intelektu.
Przecież tak dobrze wiem, jak to jest stać na miejscu tego chłopaka.
Tak dobrze rozumiem...
Przepraszam.
Wybacz mi, kimkolwiek jesteś. Następnym razem nie ograniczę się tylko do spojrzenia przesyconego pogardą i złością. Przykro mi tylko, że ten następny raz wcale nie zmieni tego co się dzisiaj wydarzyło. I chociaż kiedyś te dwa okazy o nieludzkiej twarzy odpowiedzą za swe czyny, my nie powinniśmy pozostawać bierni tu, na Ziemi, gdy staną na naszej drodze. Lub drodze innego człowieka.
Przepraszam, że byłam dzisiaj taka słaba.
Subskrybuj:
Posty (Atom)