niedziela, 18 stycznia 2015

Yhy.

Nie wiem co ja znowu tu robię.
W sumie próbuję się uczyć farmy. Ale to zaraz.
Trochę mnie rozśmieszyła ostatnia notka z przed - o w życiu - 2 lat?

Zróbmy mały bilans:

Zobowiązuję się do 25 roku życia (obecnie liczę sobie prawie 24 wiosny) do:
- rozpoczęcia na dobre nauki rysunku
Zaczęłam od tego roku. Serio.
- to samo co wyżej odnośnie gitary To sobie jeszcze poczeka.
- i znowu to samo odnośnie języka hiszpańskiego i japońskiego Zapisałam się w październiku (2014) na hiszpański.
- angielski szkolimy w mailach do znajomych ze świata, książkach i filmów z napisami anglojęzycznymi Aha. Nie wyszło zbyt.
- się uczymy SYSTEMATYCZNIE To NIGDY nie wyjdzie.
- zapisania do jakiegoś koła naukowego/ifmsa czy tam innej organizacji ifmsa to kółko wzajemnej adoracji, ale jestem w dwóch kołach. Na razie tylko jestem, bo nic innego nie robię.

W sumie bez spiny. Nie jest źle. Tak sobie tylko piszę, żeby mi nie skasowali mych wypocin. Czasami się przydają, żeby zobaczyć jakim kiedyś człowiek był idiotą i że pewne rzeczy się nie zmieniają (patrz punkt o idiocie).

niedziela, 24 lutego 2013

No tak.

Ten blog jest świadkiem przede wszystkim mojego słomianego zapału.
Ponieważ trochę wyrosłam, albo raczej konsekwencje ewentualne mnie przerastają, ze zwierzeń w sieci, nie mam zamiaru zbytnio się rozwodzić nad moimi pseudo-realnymi depresjami umysłowymi, intelektualnymi czy fizycznymi. Z drugiej strony takie relacje z wewnętrznego świata są nieuniknione, nawet jeśli prowadzimy blog tematyczny. Ale o czym tu pisać poza tymi wynurzeniami? I kiedy?
Tak, tak, wiem, pisać można o wszystkim w wolnym czasie. Obecnie nie mam wolnego czasu, ale to żadna tajemnica i nowość, że ludzie uwielbiają się zajmować wszystkim innym poza tym co w danej chwili jest istotne. W moim wypadku to nauka do fizjologii. We wtorek prekolowkium, a ja jestem w lesie. Za to w ciągu ostatniego tygodnia zgromadziłam wszelkie materiały jakie mogłyby mi pomóc włożyć ową wiedzę do głowy. Jestem jak chomik. Każdy kto miał to małe urocze i krwiożercze zwierzątko - nieodłączny element opieki nad tym potworkiem to pogryzione palce - mógł zaobserwować, że każdy kolejny kawałek jedzenia wciskał w te swoje poliki, o konsumpcji nawet nie myśląc. No, to taki sam proces jest u mnie i to - uwaga zwierzenia - w niemal każdej życiowej domenie.

Wyczytałam gdzieś ostatnio (a może ktoś mi o tym powiedział), żeby głośno się przyznać przed ludźmi co do swoich planów, to wtedy poza innymi motywacjami mamy jeszcze presję, żeby coś zrobić, w przeciwnym razie zaczną nas osądzać i wypytywać. A to głupio tak i wstyd. Nie wiem czy jestem przekonana co do pełnego dzielenia się swoimi zamiarami z całym światem, ale spróbuję chociaż w tych kilku dziedzinach. I nie ważne, że prawdopodobnie nikt już tu nie zagląda. Liczy się świadomość.

A więc.

Zobowiązuję się do 25 roku życia (obecnie liczę sobie prawie 24 wiosny) do:

- rozpoczęcia na dobre nauki rysunku
- to samo co wyżej odnośnie gitary
- i znowu to samo odnośnie języka hiszpańskiego i japońskiego
- angielski szkolimy w mailach do znajomych ze świata, książkach i filmów z napisami anglojęzycznymi
- się uczymy SYSTEMATYCZNIE
- zapisania do jakiegoś koła naukowego/ifmsa czy tam innej organizacji

Jak się rozliczyć z tego?
A tutaj. Na tym całym blogu. Postanawiam sobie od dłuższego (i to bardzo) czasu rysować minimum jeden rysunek dziennie. W takim razie raz w tygodniu powinnam zamieścić dowód w postaci 7 rysunków. Gitara - to zacznę za jakiś czas, bo nie oszukujmy się, ale nie można łapać kilku srok za ogon na raz. Język. Eee. Ciężko ten punkt będzie udowodnić inaczej niż rozmową. Nauka systematyczna to klucz do sukcesu w innych dziedzinach. Co do organizacji, dzisiaj zapisałam się na jedną z konferencji naukowych, w planach mam drugą. To dobry wstęp. Pozostaje tylko się przełamać i iść na spotkanie któregoś z projektów ifmsa.

Do ustalonego deadline'u mam jeszcze kilka innych celów do realizacji, ale że są zbyt osobiste, to pozostawię je póki co tylko w formie długopisowej w jednym z wielu notatników.

Poza tym, może uda mi się kilka anegdotek ze studiów zamieścić i historię z przenosinami. Może przyszłym/obecnym studentom zacnej medycy się przydadzą.

A teraz lecę realizować punkt z systematyką. O rysunku też nie zapomnę.

poniedziałek, 17 września 2012

Wielki kam bek

Będzie krótko i treściwie.

Dostałam zgodę na przeniesienie do Warszawy! Jako bonus dostałam znajomą, z którą być może będę w jednej grupie.

Niemożliwe stało się możliwe! Coś pięknego.

wtorek, 11 września 2012

Noż, człowiek to perfidna i dziwna istota jest. Pojawia się często, gdy mu źle i niedobrze. A jak dobrze? To kryje się po kątach, gdzie radością zamiata kurze. Póki co, wciąż nie rozumiem tego fenomenu.
Co prawda nie wiem skąd taki wstęp, bo sugeruje, że życie moje przez ostatnie dwa miesiące było łaskawe i urocze, a uwierzcie, mija się to trochę z prawdą. Kłamstwem by jednak było powiedzieć o nim coś negatywnego. Sporo nudy, lecz takiej spokojnej. Ale o spokój w dzisiejszym świecie raczej trudno, także może jednak wszystko się zgadza i wakacje póki co upływają pod pozytywnymi słońcami i niebami.

Wakacje. Ano właśnie.
Po pierwsze, udało mi się zaliczyć sesję jeszcze w czerwcu i tym sposobem zafundować sobie 3,5 miesiąca spokojnego snu. I zagrzebywania teczuszek z nową wiedzą w odmętach mego mózgu.
Co za tym idzie, w końcu jestem na... zaraz, zaraz. Jeszcze praktyki (na magiczne zdanie przyjdzie jeszcze czas).

Praktyki.
Po drobnych perturbacjach z wyborem miejsca i terminu, ostatecznie zdecydowałam się na chirurgię plastyczną. Liczyłam na dużo, zwłaszcza z perspektywy pacjentki owego oddziału (acz w innym mieście), ale jak to często bywa, trochę się przeliczyłam.
Generalnie studenci polecają po I roku praktyki na chirurgiach różnych, bo na internach często nie mają co robić. Zgadzam się z tym, także jeśli macie pierwsze praktyki jeszcze przed sobą - celujcie w zabiegowe oddziały.
Przed wybraniem miejsca praktyk, popytajcie wśród znajomych i na necie jak działa dany oddział. Ja niestety nie miałam zbyt dużo czasu na zdobywanie informacji i stąd trochę się zawiodłam.
Pielęgniarki były co prawda miłe i pomocne, mogłam chodzić kiedy chciałam na blok, a jak nie było co robić, wychodzić do domku przed południem jednak z rzeczy praktycznych nie nauczyłam się tyle ile bym chciała. Cóż, zawsze mogło być gorzej. Najważniejsze, że... z ostatnim dniem praktyk zaliczyłam I rok studiów i... TADAM! N. jest na II roku. Po 4 latach leżakowania na latach pierwszych, udało się! (no bo przecież był biotech i pielęgniarstwo, a później weta).

Z tematów wakacyjnych jeszcze - byłam na Woodstocku i na tym zaczynają się i póki co kończą moje wojaże. Rodzicielka mnie jeszcze gdzieś wyciąga, ale niechętna jestem dalszym wyjazdom z prostego powodu - walczę o przeniesienie na studia do rodzinnego miasta. W zasadzie to żadna tajemnica, że jest to Warszawa. Decyzje będą na dniach. Chciałabym wszystkiego sama dopilnować, żeby chociaż wykorzystać wszystkie możliwości.
Denerwują mnie niektóre osoby z pewnego forum, które od kilku lat służy mi jako źródło informacji rekrutacyjno-studenckich. Zarozumiałe snoby z WUMu. A ja się pakuję między nich. Za bardzo jednak kocham swoje miasto, a przede wszystkim to co w nim muszę zostawiać za każdym razem, gdy je opuszczam. To mi się przez lata nie zmieniło - ludzie i miłość (w sensie ogólnym) jest najważniejsza, na tyle, że już raz porzuciłam dla nich swoje marzenia o medycynie. Rozdarcie między dwoma miastami może i nie dotyczy tylko mnie, ale sytuacja się zmienia jeśli weźmiemy pod uwagę mój wiek. A jestem już w takim wieku, że priorytety mi się zmieniają. Ponownie. Jakby nie było, w normalnym toku niedługo bym kończyła studia. W sumie, po cóż ja tu jeszcze cokolwiek piszę?

wtorek, 19 czerwca 2012

Ujemnych punktów powinni prawnie zakazać.

Pseudo notka była w październiku, to i będzie druga - podobna - w czerwcu. Na początek i koniec.
Piszę w zasadzie wylać moją frustrację. Jaką? Ano na zakład biofizyki w mieście na B.
Jak to jest i być może, że anatomię, histologię, pierwszą pomoc, słowem "ważne i kobylaste przedmioty" (tak, to będzie jako jedno słowo) przy odrobinie nauki można zaliczyć na 4 czy 5, a taką zapchloną biofizykę nie. W sensie nie zaliczyć w ogóle. No kur... (a będę przeklinać!)
To nikomu do niczego nie jest potrzebne. Przedmiot zapchaj dziurę. Z asystentami co to się panoszą jak te mrówki. Różnica tylko taka, że mrówki pracują na sukces całego mrowiska, a "wielcy państwo" robią wszystko aby całe to mrowisko legło w gruzach (w ściółce?).

Egzamin jak matura, rangi państwowej i takie tam. Książeczki testowe zalakowane, czas ustawiony na stoperze, każda błędna odpowiedź zabiera 0,5 z puli już zdobytych punktów. Do tego łycha złej atmosfery. No żesz.

Nie mam jeszcze wyników. Ale o ile bardzo wierzyłam, że będzie dobrze i że zdam, teraz mam tylko złe przeczucia. Trzeba zaznaczyć, że chcę wrócić do domu. Na studia. I przy niezdanym egzaminie, trudno będzie przekonać dziekana w moim mieście aby mnie przyjął łaskawie.
Z resztą. Tak bardzo września mieć nie chciałam.

***

edit. ZALICZYŁAM! Jednak. Wow!! :D Ale psioczenie zostawię, bo to szczera prawda.

wtorek, 4 października 2011

Pierwsze kroki.

A jednak. Dostałam się w ostatnim rzucie na lekarski. No i siedzę teraz w nowym mieście, męczę anatomię, bardzo tęsknię za G. i domem.
Poza tym kradnę internet sąsiadom.

I na dzisiaj to będzie tyle. Póki co moje doświadczenie w studiowaniu bardzo się przydaje, żeby wyluzować i nie wpadać w jakąś dziką paranoje. O łatwości nauki słówek łacińskich nie wspomnę - weterynaryjny rok anatomii owocuje robieniem dobrego wrażenia na asystentach podczas odpytki. Co jednak ważniejsze dla mnie, dzięki temu mniej czasu muszę nad książkami spędzać, a co za tym idzie, częściej mogę do domu wracać.

Damy radę. Powodzenia wszystkim w nowym roku akademickim :)

poniedziałek, 26 września 2011

Nie dostałam się do miasta na B. Utknęłam tuż pod progiem.
Także czeka mnie zaliczenie komisa z anatomii na wecie, a później męczenie się z drugim rokiem. Jednocześnie muszę spróbować poprawić maturę po raz nie wiadomo który, w razie jakby progi chciały powariować i podskoczyć do góry (oby nie). Tym samym jeśli się dostanę, to załapię się na denny, nowy program nauczania na lekarskim. Szkoda. Państwo mnie wykorzysta, bo zamiast płatnego stażu, będę musiała przejść jakąś dziwną jego formę wliczoną w studia. Studia, które będą trwały o rok krócej z resztą i to jedyny plus całej tej sytuacji - w ogólnym rozrachunku nie stracę roku, bo skończę naukę w tym samym czasie co ludzie, którzy dostali się w tym roku.

Za błędy trzeba płacić. Mimo wszystko nie wolno się poddawać. To będzie trudny rok. Bardzo trudny.
Ale muszę spróbować i mam nadzieję, że efekty będą optymistyczne.

To że mnie rodzina wydziedziczy, a wszyscy inni będą się na mnie patrzć jak na niezdecydowaną idiotkę - pomijam.

piątek, 23 września 2011

Proste, a piękne chwile we dwoje?
Czytanie na głos dobrej książki. Wszędzie...
... na łące po środku wiejskich pól, w pociągu, na ławce, w domu.
Może to będzie taka nasza nowa tradycja? Możliwe.

A co do wyboru lektury - polecam Cejrowskiego. Facet pisze genialnie. Po prostu.

sobota, 17 września 2011

Dzień czwarty i wszystko po nim

Dnia czwartego poległam. Zmartwychwstałam co prawda szybko, ale niesmak chwilowej, studenckiej śmierci pozostał. No to zostaje mi komis. Nie ma co o nim pisać w zasadzie, po prostu muszę złożyć podanie o dopuszczenie do owego i w październiku, prawie na dzień dobry stresować się niepewnością mojej dalszej weterynaryjnej kariery.

A skoro już o karierze mowa, to chyba i tak nie zrobię jej... w weterynarii. Potwór medyczny pod czaszką powrócił i codziennie wali mnie po głowie poczuciem winy, że rok temu na med nie poszłam, a co ważniejsze straszliwą chcicą na zgłębianie medycznego świata pod kątem człowieka.

Zazdroszczę osobom, które praktycznie od pierwszego oddechu na tym świecie wiedzą co będą robiły. Tym co to przez szczęście trafili na swój kierunek za pierwszym razem, również.
A ja? Ja całe życie marzyłam.
... że będę archeologiem na wyprawie w poszukiwaniu mumii w dolinach Egiptu...
... że będę zwiedzać głębokie korytarze jaskiń...
... że będę rysownikiem w studiu Disneya...
... że będę aktorką, pisarką, ilustratorką książek dla dzieci, hodowcą koni... i wiele więcej.
Są jednak marzenia, które pojawiały się w mej dziecięcej główce częściej niż po obejrzeniu filmu czy bajki. Odkąd pamiętam przez długi czas chodziłam i każdemu kto chciał słuchać, głosiłam, że będę lekarzem, ale tylko takim od dzieci, bo dorośli są bee. Miałam nawet własny, prawdziwy stetoskop i mnóstwo strzykawek, patyczków etc. (swoją drogą część kiedyś zwędziłam z przychodni, 8 letnia złodziejka ;)).
Gdzieś w między czasie kuzynka M. wpadła w dalmatyńczykomanie. Ja byłam tą od Króla Lwa, ale żeby nie odstawać od rówieśnicy, pokochałam też łaciate pieski. Razem z plamkami przyszła fascynacja weterynarią, bo M. chciała być właśnie wetem. Od tego momentu do lalek z ręcznie robionymi dziurami w brzuchach, zaszytymi później niezgrabnie kolorowymi nićmi, śladach atramentu na ich rączkach i główkach (długopis był świetną igłą), dołączyły pluszaki, które chociaż nieznacznie przypominały zwierzątka. I tak zaczęłam obcinać pluszowym pieskom i kotkom włosy z uszu, a później płakałam, bo kochana maskotka brzydniała, a nieraz rozpadała się w rękach.

Wraz z podstawówką skończył się czas dziecięcych zabaw. W gimnazjum dopadł mnie etap pisarski, który stopniowo zastępowała myśl o leczeniu ludzi. Fuksem więc dostałam się do biol-chemu. Liceum szybko upłynęło pozostawiając mnie gdzieś między biotechnologią, a medycyną. Ta pierwsza mi się nie spodobała, a ja wpadłam w pułapkę poprawiania matur i walczenia o lekarski. Po drodze przezimowałam kolejny rok na pielęgniarstwie i... dostałam się.
Dostałam się na medycynę! Jednak w cholerę daleko od domu, w cholernie złym czasie. Dlaczego? Hm... miłość.
Miłość umie namieszać, zwłaszcza jesli całe dotychczasowe życie myśli się o sobie jako obiekcie aseksualnym. No i masz ci los. Zrezygnowałam. Poszłam na weterynarię. Obecnie będę na II roku i powoli zaczyna do mnie docierać co ja najlepszego sobie myślałam przez te kilka miesięcy i gdzie tak naprawdę powinnam teraz być. Żałuje jednak nie tego, że do miasta na B. nie poszłam na studia, ale że nie odbyłam pewnych rozmów wcześniej.

Prawda jest taka, że bardzo chcę być lekarzem ludzkim. Chrzanić powołanie, nie to mam na myśli. Po prostu wiem, że mogłabym być w tym dobra, naprawdę dobra, chociażby przez fakt, że mnie to fascynuje, kręci i zachwyca. Poza tym chciałabym pomagać ludziom akurat w ten sposób. Lubię pracę z ludźmi. Uwielbiam szpitale, mimo że tyle w nich spędziłam czasu, ale od drugiej strony, jako pacjent. Dużo by wymieniać, ale najważniejsze, że wiem czego chcę. W końcu. Ostatecznie.

Dopiero teraz umiem odpowiedzieć na pytanie, czy robiąc to co robię teraz za 10/20 lat będę szczęśliwa? Wiem, wiem. Nikt nie zna odpowiedzi na to pytanie, ale jeśli pojawiają się już teraz wątpliwości to znak, że jednak to nie to. A ja przy weterynarii mam takowe. Gdy w tych samych kategoriach myślę o lekarskim, mam dziwną pewność, że nie będzie żadnych żali do decyzji z przeszłości.

Trzeba walczyć o marzenia. Dlatego wracam na moją wcześniejszą ścieżkę. Przynajmniej wkrótce.

Okay, tytuł notki powinien brzmieć: dzień czwarty i wszystko przed nim. Z lenistwa jednak już tego nie zmienię.

wtorek, 13 września 2011

Dzień drugo-trzeci.

Okay, trochę przesadzam z tym tytułem, bo spałam w sumie ok. 5 godzin, co po poprzedniej nocy z przerwą na dwu godzinny sen, jest już osiągnięciem. Ale warto było.
Histologia zaliczona, choć z perypetiami - nie ma to jak fotelik u profesora w pokoju i dopytka. Uczucie nieziemsko stresujące, za to późniejsza satysfakcja wynagradza wszystko.

Chodzę na rzęsach, sypię liśćmi yerby dookoła i marudzę, marudzę, marudzę... ale póki co jestem na dobrej drodze. Jak to ma rodzicielka dzisiaj powiedziała: widać światełko w tunelu.
Ostatecznie przygody wyjściówkowe zakończone, teraz już tylko się egzaminujemy.

Tum, tum, tum. I taka piękna pogoda dzisiaj. Nic tylko z uśmiechem siadać... do książek.

piątek, 9 września 2011

Dzień pierwszy.

Nie wiem po co to piszę i dla kogo. To chyba kwestia potrzeby uzewnętrznienia się, a zarazem pozostania anonimową. Anonimowość to zresztą złe słowo. Chcę sobie zwyczajnie ponarzekać, nie obciążając przy tym tych Bliskich.
Nie mogę też zapomnieć o tym stworze co to mi się kiedyś pod czaszką zagnieździł i o tamtego czasu z dziką radością na mnie pasożytuje, po nocach szturchając mój biedny mózg rozmyślaniami o życiu i jego objawach.
Jedyny zaszyfrowany plik w mym komputerze widocznie nie jest wstanie podołać obciążeniu mych lamento-entuzjazmów, więc... jestem.
Ah, no i po prostu lubię pisać. Zawsze lubiłam, chociaż nieudolnie mi to wychodziło.

Także piszę i może nawet będę to robić częściej. Jak za dawnych lat.

Wspominałam, że robię to aby nie absorbować innych ludzi moimi humorami. A dzisiaj mam ku temu świetny powód.
Zaczęły mi się poprawki - chociaż nie wiem czy w moim przypadku jest to odpowiednie słowo. Egzaminów to ja jeszcze nie pisałam, bo najpierw muszę zaliczyć ćwiczenia.
Głupia ja.
Tyle że po części to nie moja wina tylko szczęścia (tudzież nieszczęścia) do ludzi. I do brakujących połówek punktowych do zaliczenia. Ale co z tego jaka przyczyna, kiedy to mnie się obrywa, a nie zawsze umiem się zastosować do niedawno poznanej metody antystresowej - mieć wyjebane.

Anatomia i histologia. Wyjściówki i egzaminy razy dwa, bo przecież przyszły lekarz weterynarii musi wiedzieć co to za szmatki zwisają w pseudokomorze prawej wyrobu sercopodobnego konia/krowy/psa/świni/barana (do wyboru, do koloru), czy znaleźć tę jedną jedyną komórkę X wśród komórek Y, które jak na złość nie chcą się jakoś charakterystycznie ubarwić i wyróżnić.
Wiwat praktyczne!

Dzisiaj dzień pierwszy mego łańcuszka zaliczeń. Wyniki w poniedziałek. Będzie radość 5 minutowa, po czym pognam na egzamin z tego samego przedmiotu. A po egzaminie? Do domku, herbatka i... do książek, bo następnego dnia wyjścióweczka z anatomii. Wcześniej jeszcze udać się po wpis z histo. Ale co tam się będę przejmować! Odpocznę. W czwartek po południu, bo w środę trzeba będzie upychać łapki w coś co kiedyś było żywe, ale dzisiaj wygląda jak rozjechane mięso. Czwartek rano to teoretyczna wiedza i pytania o rodzaje piór czy sposób ułożenia włosów na koźle.
To optymistyczny scenariusz i jedyny słuszny. Wszystkie inne kończą się na każdym dniu tej 5 dniowej edukacyjnej uczty przywaleniem głową w ścianę. Ewentualnie rozważę trunki w ilościach dużych i umoszczę sobie gniazdko pod mostem. Tyle ich przecież w naszym pięknym mieście.

I tyle. Ahoj! Idę tonąć w świecie kosteczek.

* Ok, przyznaję się. Nikt mnie przytulić nie chciał. Roztrwonienie cennego czasu na pisanie bzdur pomaga w mobilizacji. A tak na serio, uspokaja i każe iść dalej. Byle do przodu. Na przytulenie też trzeba sobie zasłużyć.

* * *

Nie ma nic gorszego niż bunt własnego mózgu. Uczysz się czegoś długo, wiele razy powtarzasz, myślisz, że umiesz wszystko i nawet sam mózg zdaje ci się przytakiwać robiąc w snach przegląd twej wiedzy. Zadowolony, pełen dobrych myśli i wiedzy siadasz do egzaminu. Czytasz zadanie nr 1, 2, 3... skrupulatnie spisujesz na kartkę wszystko co wiesz. Ba! Jesteś pewny tego co piszesz, chociaż pytania do łatwych nie należą i wolałbyś inne.
I nagle zauważasz pytanie dające w prosty sposób punkty. Ha! Jakie proste! Mega! Znam odpowiedź... o fak. Mózgu! Nie rób tego!
A on ci się tylko śmieje w twarz (potylicę? uszy? podstawę czaszki?!): haha, nie podam ci tej nazwy, haha, próbuj zgadywać, szukaj, i tak nic z tego!:P

No. Taki mam bezczelny, fikuśny mózg. W tym roku to już drugi raz. Była anatomia, przyszedł czas i na histologię. Szlag!

czwartek, 11 sierpnia 2011

Dorosłość jest do dupy.
Przereklamowana.
Męcząca.
Głupia.

W zasadzie to kto z nas chciał być dorosły? Ja chciałam być tylko pełnoletnia, tj. mieć te wszystkie prawa dorosłych, wolną wolę etc. A pozostawić mentalność dziecka. Niewinność i radość z każdego powiewu życia.

niedziela, 29 sierpnia 2010

Tak sobie myślę, że czego bym nie wybrała/na co bym nie poszła (to się jeszcze rozstrzygnie, acz wolałabym nie decydować bezpośrednio) to i tak będę mieć w rękach życie. Będę z nim obcować we wszystkich możliwych sytuacjach. I to mnie strasznie zachwyca. Trochę przeraża, ale jednak bardziej fascynuje. Cieszę się. Wybór przed jakim prawdopodobnie zostanę postawiona powinien mieć miejsce jakieś 2 lata temu. Lepiej jednak później niż wcale, bo gdyby nie te 2 lata, żadnego wyboru by nie było.

sobota, 10 lipca 2010

Życie, ach, życie

Wiem, długo mnie tu nie było i raczej długo znowu nie będzie.
Dużo się działo. Dużo się pozmieniało.
Przeżyłam, a w zasadzie po trochu wciąż jeszcze przeżywam jedną, dużą porażkę. Na szczęście dla równowagi dostałam duży prezent od losu, pełen pozytywnych emocji, radości i nieznikającego uśmiechu z twarzy.
Człowiek co pewien czas bywa poddawany próbie, której efekty tak naprawdę oceniamy sami, bo sami też swym zachowaniem i decyzjami kreujemy ową próbę. I... się zacięłam.

Okay, powiem krótko.
Matura podejście trzecie: miałam dokładnie takie same wyniki jak rok temu... także aneksu nr 2 brak. Taa.
Co za tym idzie, lekarski: progi spadły, ale nie tam gdzie trzeba i nie tak jak mnie potrzeba.
Pozytywy: Dostałam się na weterynarię. A! I Ktoś mi w głowie namieszał. Co ważniejsze, a na pewno przyjemniejsze :)

Życie jest nieprzewidywalne, mimo że czasami boli. Ale za to je kocham.
Za brak monotonni. Za tę spontaniczność. Za dużo mądrych lekcji.
Lubię swoje życie. Mimo wszystko, a może właśnie przez to wszystko.

* Jeśli nie dostanę się na lekarski w tym roku - gdziekolwiek - to koniec. Zrywam z maturą na dobre. Do trzech razy sztuka. Z rekrutacjami też zrywam. Od października tego roku zamierzam zacząć swoje trzecie studia, które może nie będą ostatnimi w mym życiu, ale na pewno będą studiami ukończonymi.

Także... losie, od Ciebie wszystko zależy. Ja poczekam. Nigdzie się nie wybieram. Póki co.

piątek, 12 marca 2010

Wspomnienie

Miało być na chwilę, znaleźć jedno zdjęcie. Skończyło się na setkach zdjęć i godzinie płaczu.
Pewnych folderów unikałam przez długie miesiące jak ognia, jednak ludzka tęsknota jest dużo silniejsza niż ból i strach przed nim.

Już zawsze Twoim imieniem będę wołać wszelkie czworonożne i włochate stworzenia goszczące pod mym dachem. Na zawsze też wspomnienie pewnych godzin przywoływać będzie wielką trwogę i pustkę w sercu.

Może jestem nienormalna. Może zbyt emocjonalnie podchodzę do życia. Nie dbam o to.
Kochałam Cię, kocham i zawsze będę kochać.

Pamiętam jak wielokrotnie się śmiałam i mówiłam, że jeśli reinkarnacja istnieje, to Ty w następnym życiu będziesz człowiekiem. Zbyt wielka mądrość czasami biła z Twych pięknych połyskujących w słońcu oczu. Może Pan zesłał mi Cię abym coś zrozumiała. Może przyszła kolej abyś przekazała swą iskierkę radości komuś innemu. A może Twa wędrówka dopiero się zaczyna.
Nie wiem...
Mam jednak nadzieję, że jakaś część Ciebie zawsze przy mnie jest. Że wybaczyłaś mi pewne rzeczy. Że kiedyś mnie przywitasz, tak jak to robiłaś każdego dnia, gdy byłaś częścią mego świata...

Uparta, czasami złośliwa, ale częściej radosna i pełna energii.
Byłaś jak ja.
Byłaś moją psią Siostrą. I na zawsze nią pozostaniesz.

Tęsknię. Tak bardzo za Tobą tęsknię...

poniedziałek, 8 marca 2010

Bo ta lekcja nigdy się nie kończy

Jakże często zaszywam się w kącie własnego umysłu i ubolewam nad tym, że w szkole życia nie ma dzwonków.

Lekcja cierpienia i bólu *dzyń* ... wyjście na słoneczną łąkę.
Lekcja miłości *dzyń* ... promocja do następnej klasy.
Lekcja przyjaźni *dzyń* ... nie kończy się wraz z opuszczeniem sali.

Byłoby o tyle prościej po ściśle określonym czasie usłyszeć dzwonek i przestać przejmować się ostatnimi godzinami, jak trudne by one nie były. Zapomnieć, wrócić do domu i chociaż przez pewien czas nie czuć presji jaką dana lekcja na nas wywołuje.

Ile bym dała za to aby uspokoić organizm, aby naprawić to czego się nie da naprawić.
Nie czuć bólu i strachu przed nim. W tym wypadku fizycznego bólu.
Widać nie jest mi dane o tym zapomnieć.
Nie chcę się już uczyć o tym paraliżującym strachu. Uczyć tej chorej pokory wobec mego losu.
Nie chcę, nie chcę, nie chcę!
Chcę być normalna! Nie martwić się o każdy mroźniejszy powiew wiatru na policzku, o zgubioną czapkę, o wyjazd na dłuższy okres czasu, o brak ziół, leków, dostęp do lekarza. Nie chcę!

I znowu odebrało mi to chęć do czegokolwiek. Do nauki, do wstawania rannego, do marzeń...
To najgorszy czas. Teraz nie jestem silna. Zdecydowanie nie jestem na tyle silna by się z tym zmierzyć. Za dużo. Poproszę pół kilo czystego szczęścia i 500 g spokoju. To tak dużo dla równowagi ostatnich kilkunastu miesięcy? Widać tak.
Jednak w ludzkiej desperacji wciąż na nowo będę prosić...

piątek, 5 marca 2010

Pułapka

Ja wiem. Wiem, że to moja wina, że gdy mówię - nie słyszą mnie.
Gdy odchodzę - nie pytają gdzie.
Nawet gdy stoję - nie widzą mnie.
Wmawiam sobie, że mi nie zależy, że przecież trzymam w dłoni coś cenniejszego niż kilka zwykłych kontaktów, więc mam za co być wdzięczna. Więc niczego teoretycznie więcej w tej kwestii nie potrzebuję... tylko czemu mam poczucie, że siebie okłamuję?
To boli. I smutno mi z tego powodu.
Wpadłam w pułapkę własnego umysłu. Błądzę wśród tych samych myśli.
Nie wiem czy kiedyś byłam mądrzejsza, ale jeśli tak, to teraz jestem głupsza niż kiedykolwiek wcześniej.
Postrzegam siebie i swoje życie przez pryzmat wykształcenia, studiów, przyszłego zawodu. I już nie umiem inaczej.
Źle mi z tym, że męczę otoczenie swymi rozterkami, frustracją, smutkiem, złością i lękiem. Co prawda staram się to wszystko ograniczyć, nie odzywać się, jeśli tylko umiem się powstrzymać, lecz nie zawsze mi to wychodzi.

Wiem, że najważniejsze jest to, że żyję. Że mam przyjaciół, takich prawdziwych przyjaciół.
Że mam rodzinę, zdrowie, możliwości i na chwilę obecną perspektywy na przyszłość.
Nie wiem co jest ze mną nie tak, że od kilku tygodni, a właściwie od dwóch lat czuję jakbym nie żyła. Jakby moje życie dobiegło kresu. Smutnego kresu, bo rozliczenie wygląda fatalnie.
Nie czuję się spełniona i wiem, że mówiąc te słowa narażam się na odpowiedzi, iż tylko nielicznym jest dane poczuć spełnienie i szczęście z niego płynące. Ah, i jeszcze, że mam całe życie przed sobą. Jakbym tego nie wiedziała.
Nie wybieram się jeszcze na tamten świat, nie, nie.
Tyle że problem leży w tym, iż ja nie czuję abym robiła cokolwiek w kierunku tego spełnienia.
Uczę się do matury, tak. Walczę o swoje marzenie, które okazuje się, że jest chwilowo (ile razy już użyłam tego słowa dzisiaj?) wyznacznikiem mojego zadowolenia z życia.

Może życie nie układa się tak jakbyśmy chcieli. Ale jednak niektórym się udaje, więc niech mi nikt nie mówi takich głupich i pesymistycznych rzeczy.
Ja tak bardzo chcę wierzyć. W siebie. W efekty swojej pracy. W swoje życzenia...
Tak pusto się ostatnio zrobiło. Cicho może być, ale nie chcę czuć się bezużyteczna.

Rzuciłam jedne studia, rzucam kolejne... Wcale nie błądzę. Ja wiem czego chcę. I może brzmię bardzo dziecinnie. I może wiele osób śmieje się teraz ze mnie, że nie wiem jak to będzie na tym lekarskim. Ale wybaczcie, czy wy wiedzieliście? Czy ktokolwiek wiedział co go będzie czekać w nowej pracy, szkole, na nowych studiach? Nie. Nie bądźcie więc hipokrytami i dajcie mi żyć, a przynajmniej próbować, tak jak chcę.
Zależy mi na tych studiach. I przyszłej pracy jaka z ich ukończenia wynika.

Chyba naprawdę mam problemy z asymilacją. Żyję własnymi marzeniami i wyobrażeniami. Nie umiem się dostosować do tego świata i większości ludzi. Przykro mi.
Bogu dziękuję, że jeszcze chcę walczyć i naprawdę wierzę, że tym razem się uda.
Nie zmienia to faktu, że smutno mi, gdy obserwuję ludzi dookoła mnie. Moją osobę nawet grupa na studiach ignoruje. I co z tego, że częściowo to moja wina. Albo mojego charakteru, nie wiem. Z resztą... nie ważne.

Musiałam.

czwartek, 4 lutego 2010

友情

Wracam powoli do życia. Mojego życia, nie marnej egzystencji.
Jednak naprawdę nie jest tak jak było, co mnie przeogromnie cieszy, bo ostatecznie oznacza, że w pewnej kwestii mi się udało, a ciężka praca nad sobą przyniosła pozytywne rezultaty.
I chociaż wiele wciąż boli i sieje zwątpienie w umyśle są na tym świecie wartości, a co ważniejsze ludzie dla których warto się starać.
Bo pewne więzy są ponadczasowe, nie ulegają zgubnemu wpływowi mijających dni.
Odkrywasz je za każdym razem na nowo.
Zaskakują, zadziwiają, przynoszą ulgę i radość. Szczęście.
Przyjaźń, tajemnicza moc, która obok miłości jest najpiękniejszym cudem podarowanym w udziale człowiekowi. Najpotężniejszą bronią dobra.
Chociaż właściwie przyjaźń to forma miłości...
Lubię myśleć, że każdego z nas, poza cieniutką szkarłatną nicią, łączą z pewnymi ludźmi również inne, równie mistyczne nici.
Lubię myśleć o przyjaźni jako osobliwej formie Akai Ito.

Dziękuję Tej z którą spędziłam ostatnio dwa miłe dni, które stały się inspiracją do napisania tych kilku słów.
Dziękuję Wam za to, że jesteście. Zawsze. [w tym miejscu uśmiecham się najpiękniej jak umiem, ale że nie wymyślono niczego co by ten uśmiech oddało jak należy, tak więc po prostu musicie sobie mnie wyobrazić, co nie wątpię, uda wam się doskonale]

wtorek, 19 stycznia 2010

Letargu oby koniec

Ze zmęczenia zasypiam za dnia.
W nocy wypatruję w ciemności jakiś znaków końca lub też początku, i tak aż do świtu.
Bo nie wiem już czy moje życie znów w mych oczach się kończy czy może dopiero zaczyna.
I tak niespokojnie upływają mi godziny, dni i tygodnie ostatnie.

Jest tak bardzo podobnie jak kiedyś, a jednak trochę inaczej.
Ciało czasami się poddaje uciekając w pozbawiony snów letarg, umysł odpływa w nierealny świat, chociaż... nie chce się poddać. Nie chce zapomnieć pewnych zmian. Dobrych zmian.
I one jeszcze trzymają całą tę rozkołysaną życiem konstrukcję w całości.

Trzeba się ogarnąć. Muszę się ogarnąć.
Tylko ile ja już to razy sobie mówiłam...

wtorek, 12 stycznia 2010

Ohayoo noworoczne

Miałam w planach napisanie czegoś w miarę sensownego, bo przecież nowy rok się zaczął i takie tam, ale niestety nie wiem czy mi się to uda. Dorwała mnie jakaś dziwna - w moim wypadku mocno spóźniona - zimowa chandra. Może to wina stycznia i perspektywy lutego, dwóch miesięcy, które nie za specjalnie lubię, bo kiedyś masa sprawdzianów, a od dwóch lat sesje - albo coś na wzór sesji. Co by nie było, tuż po nowym roku człowiek się budzi na nowo w ziemskiej rzeczywistości - bo nie to, że wcześniej od niej odpływałam, moje szkoły czy uczelnie zdecydowanie nie pozwalały mi się nudzić. Nudzić w tej innej, gorszej interpretacji.

Październik, a wraz z nim kolejne dwa miesiące stały się bezpowrotnie własnością przeszłości w tempie chyba najszybszym od - o zgrozo - prawie 21 lat mojego życia.
Streszczać ich za bardzo nie ma sensu - wystarczy przejrzeć tablicę żalów jaką stał się mój blip, a i ten blog również (chociaż nie brakuje tam też miłych i radosnych chwil).
Studia, ot co. Nie te wymarzone, ale przecież wiecznie lamentować nad tym nie można. Przynajmniej tak też myślałam, ale ja zdolna dziołcha wielu talentów (i antytalentów w szczególności) jestem i już po pierwszych kilkunastu dniach zaczęłam jęczeć, że już dłużej nie chcę.
Aczkolwiek powinnam czuć się z siebie dumna. Właściwie to wytrzymałam bez takiego prawdziwego i natarczywego lamentowania nad moim marnym losem wiecznej studentki, wiecznej maturzystki i spadochroniarza (full service, proszę ja was) o ileś tam tygodni dłużej niż to miało miejsce przed rokiem na biotechu. Ah, nawet oceny miałam/mam (jeszcze) dobre. Poprawkę póki co tylko jedną z zasranej pedagogiki. Ale że temat owego przedmiotu prowadzi do potoku wulgaryzmów wymieszanych z moją frustracją, zagłębiać się w nań nie będę.

Generalnie jakbym miała ocenić ostatni rok, wyjątkowo nie umiałabym postawić jednoznaczej oceny. Zaczął się ni to dobrze, ni to źle. Skończył podobnie. A po środku? Różnie, i to bardzo.
Czerwiec, lipiec i sierpień - z jednej strony wielkie rozczarowanie, z drugiej dla równowagi wielka radość. I tylko jedna, Panu dziękować, najważniejsza rzecz w życiu nie zawiodła w tym roku - ludzie. Ci bliscy, prawdziwi przyjaciele. Chociaż i tu będzie wyjątek. Pewien osobnik potwierdził regułę, wcześniej złamał mi serce - i żeby nie było żadnych niejasności, złamał tak jak przyjaciel tylko złamać może. Gdzieś tam zachowałam jeszcze malutką iskierkę nadziei (tłumaczącą moje krótkie zrywy aby jednak własnymi rękami przywrócić dawny porządek), ale doświadczenia życiowe nauczyły mnie kilku istotnych rzeczy o istotach co to zwą się Ziemianami, więc chroniąc siebie, pozwoliłam mu odejść. Dla siebie, nie Jemu konkretnie.

Święta miłe i ciepłe, chociaż w tym roku już dwóch osób brakuje przy stole wigilijnym. Oby tam gdzie przebywają, było im o wiele lepiej niż tutaj.
Sylwester również udany, spędzony na spokojnie i bardzo kameralnie z kochaną K.
Chociaż jestem przeciwniczką wszelkich postanowień noworocznych, yakusoku malutkie złożyłam. A nóż, nie zaszkodzi i w ten sposób szczęściu dopomóc :)

Ostatnio jednak coraz bardziej zdaję sobie sprawę, iż mimo wszystko z tym rokiem wiąże jeszcze większe oczekiwania niż z latami poprzednimi.
No ale, jedna rzecz już sie spełniła. Ah! Rzeczywiście! Jakby się tak zastanowić, rok temu mniej więcej o tej samej porze myślałam o dwóch pragnieniach. Jedno z nich się spełniło. Baa, spełniło oszczędzając mi przy tym większych przykrości, jakie byłam co prawda gotowa ponieść, a jednak - nie musiałam.

Wszystko w swoim czasie.

Rok Słońca ponoć mamy. Słońce dobre jest. Tak mówią przynajmniej.
Także przy dużej dawne szczęścia, entuzjazmu i pracy wszystko powinno pójść - tym razem - po mojej myśli.
Czego i wam również mocno, z całego serduszka życzę :)

P.S. Nie lubię stycznia, prawda... ale ma jeden plus - nowy sezon dramowy! A wraz z nim drugi sezon, tak wyczekiwanego Bloody Monday ^^
Będzie coś dla relaksu, bo jak tylko zaliczę I semestr (ojej, no chyba nawet mi się uda, przy tym moim lenistwie i ignorancji) to czas niemiłosiernie będzie gonić maturalnymi powtórkami.